Rozłam
"Witia, oni chyba zwariowali!"
Weksztein ciągle prowadził własną "politykę kadrową". Nie interesował się tym, czy członkowie zespołu się przyjaźnią - to nawet kolidowałoby z jego chęcią rządzenia. Istnienie drobnych różnic w poglądach muzyków było mu na rękę. Jeśli takich różnic nie było, to można je było z łatwością stworzyć. Musiał jednak się zastanawiać, czy wziąć stronę aktywnego Bolszakowa, czy chłodnego Cholstynina.
W grupie był jeszcze jeden niepewny punkt - Aleksandr Lwow, perkusista. Po nagraniu pierwszego albumu przesiadł się za pulpit reżyserski. Nominalnie był członkiem zespołu Wekszteina, a podczas koncertów ARII i zespołu Wekszteina grał w przerwach długie perkusyjne solówki (co wówczas było modne i podobało się widzom). Być może powoli wpływało to na oficjalnego perkusistę ARII, Igora Mołczanowa, który zaproponował odejście od Wekszteina w pełnym składzie. Bomba zegarowa zaczęła więc tykać...
Katastrofę poprzedziło pewne zdarzenie, które miało miejsce przy okazji koncertu we Włodzimierzu. ARIA była źle widziana przez kręgi Ministerstwa Kultury i zespołowi groziło kolejne przesłuchanie przez komisję. Weksztein miał informację o możliwości pojawienia się na koncercie jakiegoś ważnego urzędnika. W związku z tym poprosił Granowskiego, by ten schował swoją wspaniałą fryzurę pod kołnierz. Gdy usłyszał ostrą odmowę zaproponował, by Alik grał zza sceny. Granowskiemu często zdarzało się robić z igły widły. Zaczął się wyżalać przed kolegami, licząc na ich współczucie. Jednak nie znalazł zrozumienia u Kipełowa i Cholstynina. Wtedy powiedział, że pora odejść od Wekszteina. Na co Chołst, nie znający przebiegu rozmowy Granowskiego z Wekszteinem, odpowiedział, że zespól będzie potrzebował nowego basisty...
Kroplą, która przelała czarę goryczy był koncert w Stawropolu. Nikogo zresztą to już nie zdziwiło, bo od 4 miesięcy muzycy ze sobą nie rozmawiali. Rozentuzjazmowani fani dostali się na scenę, co skłoniło arijców do jeszcze ostrzejszego grania. Ponieważ rzecz działa się w rodzinnym mieście ówczesnego sekretarza generalnego, Gorbaczowa, Weksztein poważnie się przestraszył i polecił wyłączyć dźwięk do czasu, aż zostanie zaprowadzony elementarny porządek. Po jakimś czasie koncert kontynuowano, sytuacja znów się zrobiła gorąca i Weksztein ponownie wyłączył dźwięk. Zdenerwowani muzycy zeszli ze sceny. Na hali dały się słyszeć gwizdy, wtedy Weksztein wbiegł za kulisy i zażądał, by natychmiast wracali na scenę grać. Dodał też, że mają dograć koncert, a potem mogą się wynosić.
Po dokończeniu występu wszyscy czuli, że trzeba postawić kropkę nad "i". Weksztein wyraźnie czuł, że zaszedł za daleko. Zarządził więc spotkanie w swoim pokoju. Jednak przed spotkaniem u Wekszteina odbyła się narada części mużyków w pokoju Bolszakowa. Nie było tam Chołsta i Kipełowa. Wszyscy uczestnicy uznali, ze odchodzą od Wekszteina. Propozycje wspólnego odejścia w pełnym składzie przedstawił dwum nieobecnym na spotkaniu Bolszakow. Kipełow nie był temu przeciwny, ale Cholst odpowiedział "nie".
Bolszakow poinformował Wekszteina, że wszyscy odchodzą. Ten na początek Pokrowskiemu przypomniał, że armia się o niego wkrótce upomni (załatwił mu swego czasu reklamację od wojska). I nagle Kipełow objawił, że nie zamierza odchodzić...
Cholstynin stwierdził później, ze wokalista nie zamierzał tracić oficjalnego miejsca pracy na rzecz niepewnej przyszłości.
W efekcie spotkania w pokoju Wekszteina, zespól zamierzało opuścić czterej muzyków: gitarzysta Andriej Bolszakow, basista Alik Granowskij, perkusista Igor Mołczanow i klawiszowiec Kirył Pokrowskij. Zostawali wiec tylko Chołstynin i Kipełow...
Weksztein starał się utrzymać zespól w całości. Zorganizował nawet coś, na co dotychczas ARIA nie mogła sobie pozwolić - koncerty w Moskwie. Przed pierwszym koncertem w hali "Drużba" Weksztein przyprowadził do garderoby jakiegoś ważnego urzędnika. Facet obiecywał zespołowi najwyższe stawki, pod warunkiem, ze zespół nadal będzie występował... Przyznał dyplomatycznie, że sam tej muzyki nie rozumie, ale widzi, że publice się podobało i jemu w "pewnym sensie" też. Jednak Bolszakow, który w międzyczasie dogadał się z impresario Walerijem Goldenbergiem był nieugięty (odchodząca czwórka zamierzała występować pod nazwą МАСТЕР). Urzędnik obiecał więc, że postara się, aby МАСТЕР nigdy nie mógł wystąpić na scenie. Mocną chęć odejścia z zespołu skomentował słowami "Witia, oni chyba zwariowali" skierowanymi do Wekszteina. Jednak był to okres przemian, gdy o wszystkim zaczynały decydować pieniądze, a nie kadry. Moskoncert stopniowo tracił swoją władzę, zaś Goldenberg, podobnie jak Weksztein, był zaprawionym w bojach intrygantem.
Po pierwszym występie Weksztein sprowadził do garderoby zagranicznych dziennikarzy z kamerami. Dotychczas Weksztein nie zezwalał muzykom na udzielanie wywiadów nawet prasie krajowej. Ale także to nie wpłynęło na postanowienie części muzyków.
Bolszakow wspominał później, ze były to najlepsze koncerty ARII za całe dwa lata istnienia zespołu. Mimo to scena podczas występów była jakby podzielona granicą - po jednej stronie grali Bolszakow z Granowskim, a Chołstynin i Kipełow trzymali się drugiej strony. Niewidzialna linia nie została podczas występu ani razu przekroczona. Przed ostatnim koncertem Bolszakow powiedział Granowskiemu, że być może jest to ich ostatni występ i powinni zagrać pełną parą. I rzeczywiście dali z siebie wszystko.
Po ostatnim koncercie w "Drużbie" Bolszakow, Granowskij, Mołczanow i Pokrowskij odeszli z zespołu. Wraz z nimi zespól opuścił obrażony na wszystkich Aleksandr Lwow, który przy okazji pociągnął za sobą połowę personelu technicznego (z którym zawsze miał świetne układy).
Wydawało się wtedy, że po takim ciosie ARIA się już nie podniesie...
