Mistyka czy przypadek?
Всё, что было – рок мой
Всё, что будет – крест мой
"Jedyne, co podoba mi się na tym obrazie, to gęba Chołsta" powiedziała Puszkina oglądając projekt okładki. Rzecz w tym, że większość znajomych zespołu zgodnie stwierdziła, że przedstawiony na okładce potwór mocno przypomina Władymira.
Jest w tym ziarno prawdy, choć rzeczywista przyczyna pojawienia się gitarzysty na okładce jest nieco inna. Wasilij Gawriłow, autor okładki, stwierdził, że na namalowanie obrazu przedstawiającego potwora – według życzenia muzyków - potrzebuje miesiąc-półtora. Chołst powiedział wtedy, że tyle czasu to oni nie mają, bo muszą wydać płytę. I przez bite dwa tygodnie odwiedzał artystę codziennie, aby sprawdzać jak postępują prace. Tak naprzykrzył się malarzowi, że ten umieścił jego twarz a obrazie - innych znajomych potworów nie miał.
Była to ostatnia płyta wydana na winylu. Na początku lat 90 do Rosji dotarła kolejna fala postępu.
Recenzje płyty były w większości negatywne. Pamiętajmy jednak, że w tym okresie nastąpił początek stopniowego upadku heavy metalu. Modnym stało się "czepianie się" w prasie wszystkiego, co "metalowe". Niektórzy członkowie zespołu uznają ten album za najlepszy w swojej twórczości. Sprawie nie przysłużył się menedżer Jurij Fiszkin, który ze względów oszczędnościowych okładkę płyty wydał na skrajnie złej jakości papierze.
Wydawca płyty, Melodia, w roku 1990 nie tylko przestała być monopolistą w zakresie produkcji płyt winylowych, ale była już agonii. Rozsypała się ogromna sieć punktów sprzedaży, duże sklepy - a nawet regionalne oddziały - prywatyzowały się. To samo dotyczyło zakładów fizycznie produkujących płyty. Nowy system sprzedaży i produkcji jeszcze nie istniał. ARIA ucierpiała przez taką sytuację.
Udany album Кровь за кровь wydano łącznie w 40 tys. egzemplarzy – a poprzednia płyta (Игра с огнем) została sprzedana w 835 tys. egzemplarzy.
Prezentacja albumu w DK MAI była burzliwa. Tłumy fanów kotłowały się w holu, twórcze fanki przyniosły swoje grafiki nawiązujące do tematyki płyty (niektóre zresztą całkiem niezłe – Puszkinej spodobał się zwłaszcza czarny jeździec na rasowym czarnym, piekielnym koniu). Fiszkin - nie wiadomo czemu - przyniósł na prezentację tylko dwa pudła z płytami, które momentalnie zostały wykupione. Tłum wciąż się kotłował. Nie obeszło się i bez krwi. Pod wpływem alkoholu upadł na podłogę jeden z tłustych stołecznych dziennikarzy, który to swego czasu na łamach pewnego kolorowego magazynu młodzieżowego oskarżał Manowar o propagowanie faszyzmu. Dźwięk upadku był taki, jakby pękła pusta dynia. Pijany dziennikarz nie poczuł bólu i tylko zachrapał. Jakoś udało się go odesłać do domu. Następnego dnia, w złym stanie, został hospitalizowany z powodu czegoś w rodzaju „pęknięcia podstawy czaszki”. Kilka dni później, jak doszedł do siebie, starał się rozgłaszać, że na prezentacji albumu ARII chciano go zlikwidować – jako przeciwnika ideologicznego.
Później zespół zamierzał zagrać koncert w DK Gorbunowa. Jako roli głównej wystąpił... autobus, którym jechali na koncert. Nieoczekiwanie zabrakło benzyny, a gdy niedobór uzupełniono, silnik powarczał z minutę, po czym zamilkł na dobre. Koncert oczywiście zaczął się z opóźnieniem. Sala była pełna, fani szaleli. Podczas grania Biesów z kanału dla orkiestry zaczęła się wydobywać cienka smuga dymu. Fani krzyknęli "Kipełycz, scena się pali". Na co wokalista "A co mnie to! A niech się spali w cholerę". Reszta muzyków spojrzała na siebie, ale grali dalej. Podczas kolejnego kawałka (Антихрист) kanał dla orkiestry - przy słowach "мой же отец – Сатана" – stanął w płomieniach. Zaczęła się panika, ktoś pobiegł po węża od hydrantu. Węże okazały się dziurawe i zalewały nie tyle źródło ognia, co całą salę. Po 20 minutach było już spore jezioro, a dym nadal się wydobywał. Koncert kontynuowano w garderobie, ale już we wasnym gronie i przy akompaniamencie butelek. Przesądny Kipielycz powiedział "Trzeba było się z Tym nie wiąząć". Winę jednak zwalono na Puszkiną.
Антихрист zwykle nie chciał pogodzić się z elektrycznością – a to kabel przestał działać, a to piecyk gitarowy się spalił... Kipełow otwarcie wspominał, że boi się ten utwór śpiewać. W 1998 w Noworosyjsku oświadczył, że nie będzie go już śpiewał. Ale podczas koncertu i tak zepsuło się kilka reflektorów a wiszący nad sceną namiot-kurtyna stanął w płomieniach bez wyraźnych przyczyn.
W Charkowie siły nieczyste nawiązały do treści utworu Прощай, Норфолк!. Koncert miał odbyć się na otwartym stadionie, rano zespól przyjechał rozejrzeć się jak to będzie wyglądać (montaż sceny dopiero się rozpoczął). Zapowiadał się upalny dzien. Nad stadionem zawisła jedna ciemna chmurka, ratująca chwilowo od porannego żaru. Kipełow powiedział, że na pewno będzie deszcz, zaś jeden z techników odpowiedział, że wiatr raz-dwa rozgoni chmurę. I w tym momencie "chmurka" ostro uderzyła w montowaną konstrukcje sceny – zaczął padać grad wielkości kurzych jajek. Ludzie pospiesznie szukali schronienia, a 15-minutowe gradobicie całkowicie zniszczyło scenę.
Koncert został odwołany, ale grupa rozgniewanych fanów przyszła pod hotel pod hasłem "Арию давай!". Kipełow - stojąc pod pomnikiem Lenina - przez pół godziny tłumaczył im co się stało i dlaczego koncert odwołano. Na koniec wykonał a capella kilka pieśni ludowych.
Jeszcze inna historia zdażyła się w drodze do Czelabińska. Podczas podroży przyjęli znaczna porcję alkoholu. Chołstinin, Dubinin i Maniakin poszli spać do swojego przedziału. W drugim przedziale, gdzie odbył się bankiet, poszli spać Kipełow, Udałow (który tym razem jechał jako reżyser dźwięku) i technik zwany Tarakan (Karaluch). Alkoholowy stan wyzwał tylko u Mawrina i technika Sergeja Wereszczagina żądzę przygód - i przygód zaliczyli w pełnym zakresie.
Pospacerowawszy bez celu po peronie jakiejś stacji obaj wrócili do wagonu. Nagle ich uwagę przyciągnęła gaśnica. Co zamierzali z nią zrobić, teraz już nie pamiętają. Ale hałas z jakim się do tego zabierali sprowadził provadnice. Ta nie zastanawiając się wezwała milicję, która natychmiast zwinęła duet pogromców gaśnic. Jakby tego było mało, milicja zabrała także Kipełowa, Udałowa i Tarakana. Całą piątkę wysadzono z pociągu także dlatego, że żaden z nich nie był w stanie objaśnić milicjantom, że są muzykami jadącymi na koncert. W celu wyjaśnienia sprawy milicjanci najpierw potraktowali ich pałami, a następnie zawieźli na komisariat.
Pozostała trojka, która zdążyła się wcześniej zamknąć w swoim przedziale, ciągle grzecznie spała. Piątka na komisariacie została rozdzielona: Mawrin i Wereszczagin, jako najbardziej rozrabiający, trafili do aresztu, a pozostała trojka siedziała na ławce u dyżurnego. Na szczęście dla aresztowanych, po jakiejś godzinie Kipełow odzyskał dar mowy i mógł konstruktywnie porozmawiać z naczelnikiem komisariatu.
A tymczasem Mawrin w areszcie radował się słodkim brzemieniem sławy. W celi został rozpoznany przez siedzących tam rożnych typów. "Kogo żeście, menty, zamknęli! Przecież to Aria. Mawrik, daj autograf" krzyknął odważnie jakiś miejscowy kryminalista. Niestety, nie było kamery, aby nagrać piękna scenę, gdy obolały po pałowaniu Mawrin w areszcie rozdawał autografy...
Rano, w pociągu jadącym ciągle na wschód obudzili się pozostali członkowie zespołu. ze zdziwieniem stwierdzili, że nie ma ich kolegów. Tymczasem milicja, która w końcu uwierzyła aresztantom, odwozi tychże dumnie na dworzec. Pieniędzy uwolnionym wystarczyło na pięć biletów. Dzięki temu pojechali następnym pociągiem. Postanowili z najbliższej stacji wysłać telegram do pociągu do Dubinina i spółki. Tak więc ze stacji Bugulma wysłali pilną depeszę. Wracając do pociągu, na kilka minut przed odjazdem, napotkali grupę 15 lokalnych typków w strojach ludowych (czyli kufajkach). Napotkani oczywiście byli posiadaczami noży, jeden z nich "prosił" Wereszczagina, aby ten pozwolił mu ponosić swój sweter, inny chciał stać się właścicielem skórzanej kurtki Mawrina. Zdążyli uciec do wagonu. W dalszej drodze nikt z całej piątki nie odważył się już wyjść z pociągu. Gdy dojechali do Czelabińska oniemieli z wrażenia. Na pustym placu koło dworca czekał na nich milicyjny radiowóz. Okazało sie, że był to jedyny środek transportu, jaki mogli załatwić organizatorzy. Nieco później Chołstinin przypomniał sobie, że chyba widział przez okno pociągu Mawrina idącego w towarzystwie milicji. Rankiem Byl jednak pewny, że to mu się przyśniło pod wpływem alkoholu.
W Tomsku natomiast udało się arijcom przebić osiągniecie grupy Rolling Stones wyrzucając ten sam hotelowy telewizor marki Rubin dwukrotnie przez okno. Pamiętać należy, że kolorowy telewizor Rubin ważył ok. 50 kg i nie tylko wyrzucenie go przez okno, ale nawet podniesienie było niemałym wyczynem wartym zapisanie w Księdze rekordów Guinessa.
Już w drodze do Tomska, w samolocie, zaczęli obchodzić urodziny Mawrina i w związku z tym w nienajlepszym stanie trafili do hotelu. Drugi dzień po przyjeździe mieli wolny, więc świętowanie trwało nadal. Wozili wtedy że sobą szklane kieliszki, które po uderzeniu o coś twardego rozsypywały się w drobne kawałeczki. Ta różnica w zachowaniu szkła, w porównaniu z tradycyjnymi ozdobnymi kieliszkami, nie mogła nie wpłynąć na zagadkową duszę rosyjską.
Ponadto przemienienie się zwykłego szklanego cylindra w wybuch iskrzących kawałeczków przypominał im salut. Tak więc Dubinin i Mawrin ostrzelali pokój tego ostatniego. Gdy zabrakło amunicji, co nastąpiło dość szybko, Dub powiedział nieostrożnie "Powtórzymy wyczyn Rolling Stones?" I wtedy zadziałało ich zgranie pod względem muzycznym. Mawrin jakby czekał na rozkaz – natychmiast podniósł dumę krajowej elektroniki w postaci telewizora kolorowego Rubin i rzucił go przez okno. Zapobiegliwi technicy znaleźli telewizor i przynieśli do pokoju. Ponieważ kineskop nie był rozbity, była szansa wmówić obsłudze, że tv przypadkowo spadł z szafki. Na drugi dzień cały zespół wybrał się na poszukiwanie odpowiedniego telewizora. W miejscowych sklepach patrzono na nich jak na wariatów (w 1991 nie można było "tak po prostu" kupić telewizora). Trzeba było wykorzystać stanowiska – zatem więc na koncercie, po wykonaniu ostatniego utworu Kipełow powiedział ze sceny "Dziękujemy, zapraszamy na jutro. A jeśli ktoś chce sprzedać stary telewizor, to zapraszam za scenę". Na apel odpowiedziały trzy fanki, każda z nich miała stary telewizor i gotowa była go oddać za symboliczna cenę i noc w łóżku któregoś z muzyków. Niewiele pieniędzy przepadło...
Mawrin z dumą postawił lampowego olbrzyma, ale trzeba było pozbyć się uszkodzonego telewizora. Nie można go jednak było wynieść pod okiem administracji hotelowej. Tak więc mocny Rubin z pomocą silnej ręki Maniakina ponownie wystartował z okna, a osiągając ziemię, rozbił się całkowicie. Cała ta historia została szczegółowo opisana w jednej z muzycznych gazet moskiewskich, która wpadła w ręce matki Mawrina...
Muzyka zaniosła arijców wraz z grupą Alisa do Grecji. Dowiedziawszy się już w Atenach, że na wspólny koncert obu zespołów nie sprzedano ani jednego biletu, arijcy skrzypiąc skórzanymi kurtkami i święcąc różnymi częściami ciał przez wycięte w dżinsach szpary zaczęli wydeptywać ateński asfalt. Ich uwagę przyciągnął sklep z bronią. Pieniędzy wprawdzie nie mieli, ale chcieli się naoglądać broni i nią pobawić. Oglądali różne egzemplarze, celowali do siebie, wydawali dźwięki typu "pif-paf", "oj-oj-oj".
Gdy wyszli na ulicę nagle usłyszeli pisk opon i ujrzeli grupę motocyklistów. Pomyśleli, że to lokalni bajkerzy chcą ich przywitać. Jednak zamiast słów powitania usłyszeli "Dokumentos" od policjantów. Gdy pokazując dokumenty powiedzieli magiczne słowa "hotel Prezident" policjanci ich puścili. Po powrocie do hotelu zaczęli się przechwalać, jak to mogli się z glinami pobawić, uciec na bazar i rzucać mandarynkami. Gdy tłumacz wyjaśnił im, że w razie próby ucieczki policja zaczęłaby natychmiast strzelać bez ostrzeżenia, stwierdzili "Dzikie macie zwyczaje w tej Grecji".
Potem zajęli się wychowaniem muzyków z grupy Alisa, którzy do momentu zetknięcia się z nimi nie rozumieli zasad wyrzucania przez okno telewizorów i innych symboli rozkoszy burżuazji. Wykład o czyszczeniu pokojów hotelowych czytał Mawrin, znany jako specjalista w tej kwestii. Gitarzysta Alisy w celu sprawdzenia prawa przyciągania ziemskiego wyrzucił z okna rolkę papieru toaletowego. Rolka bardzo pięknie, niczym wąż, rozwijała się podczas spadania. Następnie poleciał ciężki fotel przypominający tron Ludwika (nie wiadomo jednak, jak udało się go zmieścić w otworze okiennym). Niestety, w tym samym czasie pod oknami hotelu Prezident szwendał się pewien bogu ducha winny Ateńczyk. Fotel wylądował z trzaskiem u rozpadł się obok faceta, który poleciał że skargą do sądu. Organy sądowe nakazały zespołowi Alisa wypłacić Grekowi odszkodowanie za straty moralne. O wkładzie świetnego nauczyciela Mawrina w tę sprawę nikt już na szczęście nie pamiętał.
Dalszy tok wydarzeń pokazał, że Weksztein miął w pewnym sensie racje. Spadek zainteresowania stylem metalowym był tak znaczny, jak jego wzrost 6-7 lat wcześniej. Nastąpił jednoczesny spadek zainteresowania muzyką w ogóle oraz zmniejszenie siły nabywczej społeczeństwa. Pewną rolę odegrali w tym także i menedżerowie (w tym również Weksztein), którzy w krótkim czasie tak "przekarmili" widzów rockiem, że coraz mniejszym powodzeniem cieszyły się koncerty, a sieci klubów jeszcze nie istniały. Arijcy, będąc ciągle w podroży, nie zauważali tych zmian.
Można powiedzieć, że Krwawy album jakby zapowiadał krwawe wydarzenia sierpnia 1991 (pucz). Dla mieszkańców Moskwy, znających takie wydarzenia z tv opowieści o Ulsterze czy republikach bananowych, widok czołgów na ulicach był czymś dziwnym. Młodzież anarchistyczna na trzy dni była w swoim żywiole.
Domorośli rewolucjoniści na barykadach byli pijani wolnością i wódką, posyłali faki żołnierzom na czołgach. Po tych dniach nastąpiły akty rytualne, jak oswobodzenie Łubianki od posągu żelaznego Feliksa i wstawienie do Muzeum Rewolucji trolejbusu podziurawionego przez czołg podczas ataku na Biały Dom. Przez trzy dni młodzi ludzie czuli się twórcami historii. Jelcyn podziękował młodzieży, wręczył ordery trzem najlepszym przedstawicielom rocka, którzy dawali koncerty na barykadach... Na tym świętowanie się zakończyło.
O ile władza nie upadla, to ekonomika Rosji zaczęła rozlatywać się całkowicie. Nastąpiła się ostra inflacja, ceny rosły w zastraszającym tempie i działalność koncertowa w takich warunkach stawała się nonsensem. Zysk ze sprzedaży biletów nie zwracał kosztów koncertu. Aria, wożąca zwykle sporo sprzętu muzycznego, oświetlenie i 15 osób obsługi stanęła przed wyborem: albo znacznie ograniczyć ilość koncertów, albo grać na badziewnym sprzęcie przy trzech lampach. Zaczęli więc wozić tylko gitary, ale w efekcie koncerty znacznie straciły na jakości. Rok 1992 właściwie wypadł z życia grupy. Pod koniec 1992 zaczęli pracować nad materiałem na nowa płytę, ale był to najwcześniejszy etap pracy.
Ponieważ nie było już gdzie zapisywać nowego albumu, postanowili zbudować własne studio, co trwało do połowy 1994. Z rzadka dawali w tym okresie koncerty, a cały ten czas można porównać do pacjenta w komie, który ma 1 szansę na 999 aby się obudzić. Fani przestali oczekiwać nowej płyty, a Aria stopniowo pogrążała się w niebycie...
