Talenty i fanki
Kolacja z ARIĄ za 7000 USD
О боже, нисошли мне гроб из Дуба
И саван из Холста...
O boże, ześlij mi trumnę z Dębu
I całun z Płótna...
(Z olśnień poetyckich jednej z fanek)
Ponieważ treść niniejszej książki stanowi szkic z ambicjami badawczymi, to nie można pominąć tak ważnego aspektu, jakim są fanki.
Pierwsza kategoria nie stanowi niczego nadzwyczajnego. Są to najzwyklejsze fanki w wieku od 14 do 16 lat. To one piszą na ścianach klatek schodowych logo ARII, wydają histeryczne okrzyki podczas powolnych utworów i w ogóle prześladują nieszczęsnych muzyków ze wszystkich swoich dziewczęcych sił.
Chołstinin, zawsze zachowujący dystans, jest niedostępny, ale fanki przesladują go poprzez pager pisząc wiadamosci, że jeśli Chołst nie przyjedzie np. o ósmej wieczorem na spotkanie z Nataszą pod pominikiem Puszkina, to ta Natasza umrze śmiercią męczennicy. Przeglądając przed snem ok. 20 takich wiadomości, gitarzysta wszystkie bezwzględnie kasuje.
Dubinin, posiadający określone miejsce zamieszkania, spotyka się często z pielgrzymkami fanek mających nadzieję zdobycia czegoś cennego. Nie zastawszy samego Vitalija, fanki negocjują z jego żoną Larysą, zostawiają góry kaset i plakatów z płaczem prosząc o wpłynięcie na męża, by zostawił swój autograf. Z faktu znajomości z jego żoną i teściową są dumne bardziej, niż ze znajomości z samym Dubininem.
Druga kategoria to "grouppies", takie same fanki, tylko podróżujące. Swoją drogą, ciekawe, skąd czerpią dochody. Bo jak to możliwe: ledwie pożegnać ARIĘ we Lwowie i zaraz potem witać ją w hotelu w Niżnym Nowogrodzie? Żeby tylko witały! Po wzajemnym powitaniu arijcy z przerażeniem konstatują, że mieszkają one w pięknym pokoju mieszczącym się dokładnie naprzeciw ich apartamentów.
Ostatnia, i najwspanialsza, kategoria to "muzy". Nie należy ich mylić z "grouppies", bo tego nie wybaczą. "Muzy" to brzmi dumniej i jest to wyższa kategoria. To właśnie dla nich powstały Искушение, Всё, как вчера, Всё, что было i wszystko co będzie (oczywiście z ich punktu widzenia). Muzy naiwnie sądzą, że bez nich twórczość ARII już nie będzie taka sama i życie przestanie trwać, dlatego ciągle pojawiają się w studio i garderobach podczas koncertów, prowadzą rozmowy o "sprawach podstawowych". Mają też bardzo realną zaletę - zawsze przynoszą coś dobrego i łatwo je posyłać po papierosy lub coś do picia.
I na koniec jeszcze jedna osoba. Poza klasyfikacja i konkurecją. Ta profesjonalna fanka, o której pragną dowiedzieć się więcej szerokie masy, ma na imię Liuba. Wszyscy ją znają. Bez niej nie obejdzie się żaden fotoreportaż o koncercie ARII. Wstążkę spinającą warkocz chyba zostawia w domu, bo na wszystkich spotkaniach z zespołem jej długie włosy powiewają niczym u Lady Godivy. Jej zdjecie na tle Kipelova to gratka dla reportera. Piszę tak, ponieważ widziałem już milion typowych zdjęć w różnych wydawnictwach. Liuba na każdym koncercie jakimś sposobem wchodzi na scenę i wręcza Kipelovowi bukiet róż na znak, że nigdzie nie odchodzila i nie musi wracać...
Jak można tego było oczekiwać, spotkałem Liubę na kolejnym koncercie. "Tylko nie rób z nią wywiadu!"- domyślając się moich zamiarów ostrzega dyrektor ARII. Ale wszystko mnie interesuje, więc ignoruję zakaz.
- Liuba, niech Pani powie, ten bukiet - to hobby, czy rytuał?
- Raczej hobby, bo w domu mam mnóstwo kwiatów. Zawsze miło jest je rozdawać.
- Ale z jakiegoś powodu daje Pani kwiaty właśnie arijcom, zwłaszcza Kipelovowi...
- A to już, na pewno, rytuał.
Dialog, zgodzicie sie, mało sensowny. Jedyne, co przyszło mi do głowy, to zadać jej na koniec dość chamskie pytanie, skąd bierze pieniądze na bukiety - nie jestem botanikiem i nigdy nie widziałem, by u kogoś na parapecie zamiast kaktusów rosły takie róże. Jej spryt był porażający. Puściła moje pytanie mimo uszu i pokazała swój indeks, z którego dowiedziałem się, że rozmawiam z przyszłą nauczycielką języka i literatury rosyjskiej i że zaliczyła pierwszy semestr.
PS. Chciałem zakończyć ten esej jakąś celną myślą zapożyczoną z annałów humoru Dubinina, ale pomoc zjawiła się ze strony, z której bym jej nie oczekiwał.
Pewna znajoma z Moskwy spytała mnie "Powiedz Di Troi, czy to prawda, że kolacja z ARIĄ kosztuje siedem tysięcy dolarów?" Zdumiony nie zdementowałem jej genialnego pomysłu i ledwie skrywając śmiech pomyślałem "A co, jeśli Chołstinin, w chwili złego humoru wymyśli, że wystawi mi rachunek za wszystkie nasze wspólne obiady, śniadania i kolacje?!".
