Twitter AriaWiki Profil na naszej-klasie Profil na myspace.com Profil na Facebook.com Forum fanklubu 'Chimera' Grupa na Last.fm Profil na YouTube.com Arija.pl Historia Dyskografia Galeria Koncerty Księga gości Linki

Trzy dni z Arią. Wyjazd.

Dzień drugi

Pogoda od rana ładna, wszyscy w dobrym nastroju. Wyjazd wraz z egzotycznym zespołem o nazwie "Ногу свело". Do autobusu wsiadają zagadkowe postacie, głównie dziewczyny. Nikt nie wie, kim są. Autobus wyjeżdża z prawie godzinnym opóźnieniem. Oczywiście, każdy ma mnóstwo pilnych spraw do załatwienia w ostatniej chwili.

W autobusie zawiązuje się rozmowa o muzyce, kobietach, z wyraźnym skrzywieniem w stronę tych ostatnich. Chołst początkowo milczy, potem nagle przywołuje dyżurną historię z takimi szczegółami, że wszyscy milkną. Tylko Dub zanosi sie śmiechem zapewniając, ze Wołodia wszystko pomieszał, bo głównym bohaterem tej opowieści jest on sam, a nie Chołst.

Przez pierwszą godzinę podróży oba zespoły wymieniają się "opowieściami wędkarskimi". Zauważalna staje się różnica między grupami. O ile opowiadania muzyków z Ногу свело koncentrują się na ilości rozwalonych pokojów hotelowych i toalet, to "arijskie memuary" okazują się o niebo lepsze. Wszystkich przebija opowiadanie Kipiełowa, o tym, jak Dub poczuwszy sie źle na scenie kontynuował grę za kulisami, gdy jednocześnie robiono mu zastrzyk w intymne miejsce. Нога została więc pokonana, patrzą teraz na Duba ze źle skrywanym zachwytem. Można być dziwnie pwnym, że historia ta była opowiedziana po raz setny.

Dub jest jednak zaniepokojony dzisiejszym koncertem: Ciekawe, na czym będziemy grać? Znowu na jakimś gównie?. Prowincja nie jest niezawodna, mają tam własne wyobrażenia o sprzęcie, potrafią dać parę badziewnych kolumn, i ciesz się muzykancie! Dawniej jeździliśmy z aparaturą Fiszkina, więc nie było problemów. Ale potem wożenie własnego sprzętu stalo się zbyt drogie, a na scenę potrafią dać jakąś przedpotopową Teslę (po Marshallu jest różnica...). A najgorsze, że zaczęliśmy grać wprost proporcjonalnie do jakości sprzętu, coraz gorzej i gorzej. Przystosowaliśmy się do "radzieckich waruków" i gramy na byle czym.

Teraz, gdy rękopis ksiazki jest gotowy (sierpień 1999) ARIA już się tak nie przejmuje kwestią sprzętu. Nie dlatego, żeby zła jakość przestała im przeszkadzać, wręcz przeciwnie - zakupili własne wzmaczniacze, mikrofony, resztę niezbędnej elektroniki, czym na zawsze rozwiązali kwestię dźwięku na scenie. Teraz każdy z muzyków dobrze słyszy, co gra reszta i koncerty stały się przyjemnością. Ale wróćmy do akcji, czyli roku 1998.

Maniakin z kamienną twarzą słucha nowej płyty Megadeth, przerywając słuchanie, by podsunąć słuchawki swojemu sąsiadowi z retorycznym pytaniem "Perkusja dobra, nie?".

Chołstinin, który ledwie zdążył na autobus z powodu korków, odpoczywa - rozłożył się wygodnie na fotelu i wygrzewa się w słońcu. Z okazji jakiegoś wyjazdu kupił sobie okulary przeciwsłoneczne, dzieki którym wyglada jak Terminator.

Z tyłu Kipiełow objaśnia swoim tenorem Pokrovskiemu z Ногу свело zasady śpiewu "Nie wiesz, co to kwarta? Od niej się hymn radziecki zaczyna: ta-ta So-juz...". Pokrovskij, który ukończył co najmniej średnią szkołę muzyczną, ze wszystkich sił próbuje pokazać, że naprawdę nie udaje i napawdę nigdy nie podejrzewał istnienia kwarty i kwinty. Przy okazji Kipiełow narzeka, że zawsze miał klopoty z niskimi nutami. Ale w to już nikt z zebranych nie wierzy.

Tierientiew ulokował się na końcu autobusu i beztrosko śpi na trzech siedzeniach. Na innych miejscach mu niewygodnie, bo mu się nogi nie mieszczą.

Gdy do celu zostaje ok. godziny jazdy, wszyscy jednogłośnie stwierdzają, że pora się posilić i odetchnąć świeżym powietrzem. Obok przydrożnego baru wysiada kolorowy desant, kupują ryby, sałatki i dużo, dużo piwa. Kelnerki próbują za okularami Terminatora rozpoznać Filippa Kirkorova, ale to im nie wychodzi, więc wracają do pracy.

Z pełnym brzuchem droga wydaje się krótsza i równiejsza. Docierają do celu podróży.
Idąc przez miasto, muzycy głośno zastanawiają się, ile też mogą w tej okolicy kosztować płeć żenska i alkohol. Towarzyszący im miejscowi przedstawiciele organizatorów - dwóch facetow po pięćdziesiątce - dają wstrząsającą odpowiedź: "Złe kosztują drogo, a dobra ci nawet nie da". I tak nikt nie oczekiwał odpowiedzi...

W pierwszej kolejności muzycy ogladają stadion, na którym odbędzie się koncert. Częściowo spełniają się obawy Dubinina - do koncertu dwie godziny, a na stadionie tylko trawa. Pyta czy można sobie poleżeć na trawce i, nie czekając odpowiedzi, wraz z Maniakinem kładzie się na murawie zakrywając twarz demonstracyjnie koszulką. Organizatorzy zapewniają, że wszystko będzie w porządku, sprzęt dojedzie, a póki co - proponują obiad. Na to Dub z ochotą się zgadza, choć już jest gotowy do kłótni.

Prowadzą ich do "najlepszej w mieście" restauracji. Rzeczywiście, jest OK, tylko za piwo - nie wiedzieć czemu - muzycy muszą sami płacić. W oczekiwaniu posiłku, popijając piwo, autor rozmowia z Chołstem i Dubem, wspominając, jak to pewnego razu Kipiełow w Norfolku zaśpiewał "ебнулся". Dub chichocząc o mało nie wpada pod stół, zaś Chołst docieka "A jak tam idzie tekst?". Uzyskawszy odpowiedź, dziękuje za uprzedzenie.

Rozbawiony Dubinin opowiada, jak pewnego razu Mawrin zamawiał w jakimś bufecie makaron i dwa kotlety, a stojący za nim Kipiełow powiedzial bufetowej "Ja poproszę to samo, żeby się pani nie musiała z tym dwa razy jebać (ебаться)". Zaraz był krzyk, na co sobie pozwalacie, bufetowa w szoku... Dopiero później wyjaśniło się, że wokalista powiedział "нагибаться" (schylać się).

Tymczasem przy stole naprzeciwko zasiada sześć kobiet w nieokreślonym wieku i nieokreślonych zawodów, leniwie przeglądając menu zaczynają oceniać męskie cechy Chołstinina i perkusisty Nogi, Jakomulskiego, który wjechał do restauracji na rolkach. Następnie podchodzą do stolika muzyków, upewniają, się czy to jest ARIA, po czym pytają, czy muzycy mogą coś dla nich zaśpiewać... Jednak zespół jest przed koncertem dość zdenerwowany, nie ma ochoty na rozmowy z przedstawicielkami Podmoskowja i się ewakuuje.

Wracają na stadion, gdzie z dwóch ciężarówek ludzie wyładowują sprzęt "Turbosound" pod okiem Tierientiewa. Od tego ostatniego można oczekiwać opowieści w stylu tygodnika "Skandale". I rzeczywiście: "Jadąc sobie dziś w metrze, przez nieuwagę uderzyłem o górną krawędź wejścia do wagonu. Oczywiście inni pasażerowie się śmieją. Jakby było z czego. Myślę sobie: teraz powinien wejść do wagonu dwumetrowy byczek i też uderzyć głową o krawędź... Też bym się pośmiał. I wchodzi na następnej stacji koszykarz - o głowę wyższy ode mnie - i też uderza głową. Ale nie było mi już do śmiechu... I tak staliśmy obok siebie...". Pozostali kiwają głowami zastanawiając się, ile wzrostu mógł mieć ów koszykarz (Tierientiew ma 196 cm w pionie).

Żarty żartami, ale pora stroić instrumenty. Stadion wypełnia kakofonia. Fani, których jeszcze nie wpuszczają na stadion - wiszą na ogrodzeniach i wypatrują każdego ruchu muzyków. Ludzi czeka rzeczywiście dużo. Tak, jak i mundurowych. Wydaje się, że z okazji przyjazdu ARII sprowadzono niejedną jednostke wojskową, a miejscowy OMON jest tu w komplecie. Wszystko to do bólu przypomina lata osiemdziesiąte. Widać jednak, że ARIA ma wielu młodych fanów, przeżywa drugą młodość.

Na koncercie są także "dippapłowcy". Tak autor nazywa solidnych fanów, których już można określać mianem "wujaszków". Są na każdym koncercie, poznać ich można po wąsach, czasem brodach. Mowią [dippapł] zamiast [dipperpl] i [cepeliny] zamiast [led zepplin]. Zawsze interesuje ich problem: w czym jest lepszy Fender Stratocaster od Gibson Les Paul? - głównie dlatego, że żadnej z nich nie mają.

Równo o 19 jakaś lokalna osobistość wypowiada magiczne słowa "Na scenie - grupa ARIA". Tak jest na każdym koncercie. Przy monotonnych basowych dźwiękach Волонтёра na scenę wbiega cała piątka. Audytorium krzyczy, znają każdy tekst. Gdyby Kipiełow zapomniał słów, to fani są w stanie śpiewać od początku do koćca. Tym razem zdaje się, że lokalni "profesjonaliści" tak rozstawili monitory, że wokalista jest w martwej strefie i sam się nie słyszy. Łatwo o niewłaściwą nutę, ale jemu to nie grozi. Na jego głos można stroić tunery.

Chołst, chyba ma dobry humor, eksperymentuje z nowym tańcem. Grając solówkę wspaniale porusza nogą raz tu, raz tam. Na twarzy ma ciągle wyraz zachwytu. Dubinin, zapominając o swoich mrocznych prognozach, wraz z Tierientiewem jest w ekstazie. (Jego radość zniknie po koncercie, gdy surowo zawyrokuje "Dźwięk był gówniany").

Po koncercie do garderoby dostają się najwytrwalsi fani. Robak zwątpienia toczy ich wszystkich razem i każdego z osobna: jak dobry był dźwięk, jak ich odebrała publiczność?

Na korytarzu niekończąca się kolejka fanów i lokalnych muzyków, chcą zrobić sobie zdjęcia z zespołem. Arijcy wychodzą więc ostatkiem sił, by każdy z fanów był zadowolony.

Czas wyjeżdżać. Scena pożegnania z fanami przypomina olimpiadę 1980 i warta jest uwiecznienia na obrazie olejnym. Fanki ryczą wycierajac łzy chustkami, które do kieszeni wsunęły im zapobiegliwe mamy, część męska, ledwie sie trzymając, woła "Przyjeżdżajcie jeszcze do nas", ostatnie autografy, ostatnie zdjęcia pamiątkowe, brak tylko salutowania, są za to okrzyki "ARIA forever", "Metal", "Kipelycz".

Droga powrotna przechodzi bez entuzjazmu. Wszyscy się zastanawiają, o której wrócą do Moskwy. Dubinin prezentuje kolegom z Nogi "pieśn drogową arijców", po chwili śpiewa ją cały autobus włącznie z kierowcą (ten śpiewa dziwnym, wilczym basem). Słów autor niestety nie przytacza (z uwagi na etykę i przyzwoitość). A dwa tygodnie pozniej Nogu... zaśpiewali tę piosenkę na festiwalu "Ścieżka dźwiękowa". Ścierwa!

Po dwóch godzinach wszyscy śpią i tylko Kipiełow walcząc z Morfeuszem próbuje się czymś zająć...